A nazwijmy po angielsku
2007-12-05 13:07:35
Aktualizacja: 2007-12-11 12:08:35
Mieszkające na Wyspach Polki rodzą coraz więcej dzieci. Tylko w zeszłym roku, na dziesięć kobiet w ciąży, trzy stanowiły panie znad Wisły. Nasi mali rodacy nie zawsze jednak otrzymują typowo polskie imiona. Dlaczego? Bo niektóre mamy, mimo iż marzą o Franciszku, Grzegorzu czy Katarzynie uznają, że takie imiona są zbyt trudne dla angielskich urzędników.
Kasia Denes od początku wiedziała jakie imię da swemu dziecku. Jeśli urodzi się chłopiec, to na pewno będzie Aleksander. Jeśli zaś dziewczynka, to musi być Oliwia. I z takimi właśnie myślami dorastała. Kiedy poznała Radka, przyszłego męża, od razu powiedziała mu o swoim marzeniu. – Zaakceptował je, zresztą nie miał innego wyjścia. W wielu kwestiach idziemy na kompromis, ale w tej akurat nie miał nic do powiedzenia. Imiona wymyślone przeze mnie są przecież piękne – mówi Kasia.
Wszystko było jak należy
Kasia i Radek mieszkali w Gorzowie Wlkopolskim i tam też się poznali. Wielu ludzi mówi, że w ich związku było i nadal jest wszystko tak, jak być powinno. Bo była pierwsza randka, pierwszy pocałunek, oświadczyny i ślub. To ostatnie wydarzenie musieli przyspieszyć, bo podjęli decyzję o wspólnym wyjeździe do Anglii. – W październiku się pobraliśmy, a w styczniu już byliśmy w Bristolu. Na początku ciężko było znaleźć pracę, ale w końcu udało się „trafić coś” w jednym z miejscowych hoteli. Fajnie wspominam ten czas pełen imprez i mnóstwa znajomych, ale i to się skończyło – wspomina Kasia.
Postanowili bowiem otworzyć polski sklep. I to pierwszy taki w mieście. Kasia już „walczyła” za ladą, a Radek został jeszcze na jakiś czas w hotelu. Potem i on się zwolnił, bo dla jednej osoby utrzymać w ryzach interes, to nic łatwego. – Zaczęło się nam powodzić, pomyśleliśmy więc o dziecku. Z tym jak wiadomo jest różnie, no ale w końcu się udało – śmieje się Radek. Podczas jednego ze wspólnych wieczorów zaczęli rozmawiać o imieniu dla dzidzi. – Wspólnie ustaliliśmy, że nie możemy dać polskiego imienia. Zostajemy w Anglii na stałe, byłyby więc potem problemy z dokumentami. Urzędnicy też na pewno nie mieliby łatwo. Dlatego zmieniliśmy zaledwie po jednej literce w każdym z nich. I tak zamiast Oliwii byłaby Olivia, a z Aleksandra powstał Alex – mówi. A że urodziła się dziewczynka, to została Olivia. Teraz z dokumentami nie będzie już żadnego problemu. A dom Kasi i Radka odwiedzają znajomi, którzy nie mogą się nadziwić, jakież to piękne dziecko.
Grzegorz czy może Gregory?
Zgoła inaczej było z Izabellą Rakowiec. Ta młoda i sympatyczna dziewczyna poznała chłopaka dopiero w Anglii. W Polsce nie udało się jej kilka związków, z pracą też nie było najlepiej. Postanowiła więc wyjechać i zmienić swoje życie. – Początki, jak dla każdego, i dla mnie były trudne. Trochę siedzenia w domu, odwiedziny w kilku agencjach, jakieś Jobcentre Plus. I w końcu udało się, bo przyjęli mnie do jednego ze sklepów w centrum. Takiego niedużego, ale markowego. I tam też poznałam Dominika. To on pomógł mi się odnaleźć w angielskiej rzeczywistości. Załatwił sprawy urzędowe. Dzięki niemu przetrwałam – wspomina.
W końcu umówili się na kawę. Raz, drugi, dziesiąty... Zamieszkali razem. Po roku Iza niespodziewanie oznajmiła mu, że jest w ciąży. Nie planowali dziecka przed ślubem, ale skoro już tak wyszło, to i niech tak zostanie. – Obydwoje mamy za ojców Grzegorzów. I tak też postanowiliśmy nazwać naszego dzidziusia, kiedy już dowiedzieliśmy się, że będzie chłopiec. I wtedy dopiero zaczął się nasz problem. Nawet się pokłóciliśmy i to ostro – mówi Iza. Bo on chciał mieć Grzesia, a ona tłumaczyła mu, że w Anglii wypadałoby dać dziecku angielskie imię. Poza tym pomyśleli o tym samym argumencie, co Kasia i Radek: dokumenty i urzędnicy. – No i postanowiliśmy dać jednak Gregory. Na początku tak mi się to imię nie podobało, że myślałam, iż wyjdę z siebie. Im bliżej było jednak narodzin, tym bardziej się do niego przekonywałam. Kiedy już dzidzia przyszła na świat wiedziałam, że to imię jest strzałem w dziesiątkę. Dziś Gregory ma prawie roczek i jest silnym chłopcem. A imię ma naprawdę boskie – śmieje się Iza.
Najpopularniejsze imiona
Większość polskich matek, które rodzą na Wyspach, dają swoim pociechom angielskie imiona. Niektóre się wyłamują i zgodnie z tradycją dają polskie. To są najczęściej te, które zamierzają wrócić do kraju, a nie chcą, żeby ktoś z nich drwił, że urodziły Mike’a, Steve’a, Julie czy Monique. Jakie więc są te najpopularniejsze imiona, które najczęściej przychodzą do głowy polskim matkom na emigracji? Wachlarz jest naprawdę okazały: Rupert, Christian, Matthew, Jonathan, Rufus, Everett, Rafael, Luke, Thomas, James, Peter, Anthony, Daniel, David, Benjamin, Andrew, Nick, Max, Edwin, Sabrina, Alexis, Kris, Catherine, Margareth, Oliver, Yvonne, Brian, Keith, Neil, Lee...
Jak widać lista imion jest długa. Od wyboru do koloru. Cóż w takim razie pozostaje parom planującym wspólne życie na Wyspach? Zamknąć się we własnej alkowie i... Próbować, aż do skutku.
Artur Rynkiewicz
Kasia Denes od początku wiedziała jakie imię da swemu dziecku. Jeśli urodzi się chłopiec, to na pewno będzie Aleksander. Jeśli zaś dziewczynka, to musi być Oliwia. I z takimi właśnie myślami dorastała. Kiedy poznała Radka, przyszłego męża, od razu powiedziała mu o swoim marzeniu. – Zaakceptował je, zresztą nie miał innego wyjścia. W wielu kwestiach idziemy na kompromis, ale w tej akurat nie miał nic do powiedzenia. Imiona wymyślone przeze mnie są przecież piękne – mówi Kasia.
Wszystko było jak należy
Kasia i Radek mieszkali w Gorzowie Wlkopolskim i tam też się poznali. Wielu ludzi mówi, że w ich związku było i nadal jest wszystko tak, jak być powinno. Bo była pierwsza randka, pierwszy pocałunek, oświadczyny i ślub. To ostatnie wydarzenie musieli przyspieszyć, bo podjęli decyzję o wspólnym wyjeździe do Anglii. – W październiku się pobraliśmy, a w styczniu już byliśmy w Bristolu. Na początku ciężko było znaleźć pracę, ale w końcu udało się „trafić coś” w jednym z miejscowych hoteli. Fajnie wspominam ten czas pełen imprez i mnóstwa znajomych, ale i to się skończyło – wspomina Kasia.
Postanowili bowiem otworzyć polski sklep. I to pierwszy taki w mieście. Kasia już „walczyła” za ladą, a Radek został jeszcze na jakiś czas w hotelu. Potem i on się zwolnił, bo dla jednej osoby utrzymać w ryzach interes, to nic łatwego. – Zaczęło się nam powodzić, pomyśleliśmy więc o dziecku. Z tym jak wiadomo jest różnie, no ale w końcu się udało – śmieje się Radek. Podczas jednego ze wspólnych wieczorów zaczęli rozmawiać o imieniu dla dzidzi. – Wspólnie ustaliliśmy, że nie możemy dać polskiego imienia. Zostajemy w Anglii na stałe, byłyby więc potem problemy z dokumentami. Urzędnicy też na pewno nie mieliby łatwo. Dlatego zmieniliśmy zaledwie po jednej literce w każdym z nich. I tak zamiast Oliwii byłaby Olivia, a z Aleksandra powstał Alex – mówi. A że urodziła się dziewczynka, to została Olivia. Teraz z dokumentami nie będzie już żadnego problemu. A dom Kasi i Radka odwiedzają znajomi, którzy nie mogą się nadziwić, jakież to piękne dziecko.
Grzegorz czy może Gregory?
Zgoła inaczej było z Izabellą Rakowiec. Ta młoda i sympatyczna dziewczyna poznała chłopaka dopiero w Anglii. W Polsce nie udało się jej kilka związków, z pracą też nie było najlepiej. Postanowiła więc wyjechać i zmienić swoje życie. – Początki, jak dla każdego, i dla mnie były trudne. Trochę siedzenia w domu, odwiedziny w kilku agencjach, jakieś Jobcentre Plus. I w końcu udało się, bo przyjęli mnie do jednego ze sklepów w centrum. Takiego niedużego, ale markowego. I tam też poznałam Dominika. To on pomógł mi się odnaleźć w angielskiej rzeczywistości. Załatwił sprawy urzędowe. Dzięki niemu przetrwałam – wspomina.
W końcu umówili się na kawę. Raz, drugi, dziesiąty... Zamieszkali razem. Po roku Iza niespodziewanie oznajmiła mu, że jest w ciąży. Nie planowali dziecka przed ślubem, ale skoro już tak wyszło, to i niech tak zostanie. – Obydwoje mamy za ojców Grzegorzów. I tak też postanowiliśmy nazwać naszego dzidziusia, kiedy już dowiedzieliśmy się, że będzie chłopiec. I wtedy dopiero zaczął się nasz problem. Nawet się pokłóciliśmy i to ostro – mówi Iza. Bo on chciał mieć Grzesia, a ona tłumaczyła mu, że w Anglii wypadałoby dać dziecku angielskie imię. Poza tym pomyśleli o tym samym argumencie, co Kasia i Radek: dokumenty i urzędnicy. – No i postanowiliśmy dać jednak Gregory. Na początku tak mi się to imię nie podobało, że myślałam, iż wyjdę z siebie. Im bliżej było jednak narodzin, tym bardziej się do niego przekonywałam. Kiedy już dzidzia przyszła na świat wiedziałam, że to imię jest strzałem w dziesiątkę. Dziś Gregory ma prawie roczek i jest silnym chłopcem. A imię ma naprawdę boskie – śmieje się Iza.
Najpopularniejsze imiona
Większość polskich matek, które rodzą na Wyspach, dają swoim pociechom angielskie imiona. Niektóre się wyłamują i zgodnie z tradycją dają polskie. To są najczęściej te, które zamierzają wrócić do kraju, a nie chcą, żeby ktoś z nich drwił, że urodziły Mike’a, Steve’a, Julie czy Monique. Jakie więc są te najpopularniejsze imiona, które najczęściej przychodzą do głowy polskim matkom na emigracji? Wachlarz jest naprawdę okazały: Rupert, Christian, Matthew, Jonathan, Rufus, Everett, Rafael, Luke, Thomas, James, Peter, Anthony, Daniel, David, Benjamin, Andrew, Nick, Max, Edwin, Sabrina, Alexis, Kris, Catherine, Margareth, Oliver, Yvonne, Brian, Keith, Neil, Lee...
Jak widać lista imion jest długa. Od wyboru do koloru. Cóż w takim razie pozostaje parom planującym wspólne życie na Wyspach? Zamknąć się we własnej alkowie i... Próbować, aż do skutku.
Artur Rynkiewicz
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.